logotype
  • image1 Loża żeńska Gaja Aeterna na Wschodzie Warszawy
  • image2 Samorozwój poprzez indywidualną pracę nad wartościami
  • image3 Wolność sumienia, poszanowanie godności i odmienności innych

Statek Szaleńców, czyli rzecz o wykluczeniu społecznym

„Statek szaleńców”. To statek pełen załogi reprezentującej różne klasy i stany społeczne, różne postawy etyczne, wzorce osobowe, podróżującej w poszukiwaniu szczęścia. Załogi, której nikt nie chce. Tak właśnie określane bywają osoby wykluczone – wyłączone poza nawias.

statek szaleńcówMotyw statku szaleńców, zapożyczony z mitu o Argonautach, wyprawiających się pod wodzą Jazona po złote runo baranka, pojawiał się w wielu dziełach literackich, malarskich, muzycznych. Jednak „Narrenschiff” istniał w rzeczywistości. Naprawdę były statki wożące z miasta do miasta swój obłąkany ładunek.

W okresie średniowiecza szaleńcom często i łatwo przypadał los włóczęgi. Jak pisze historyk medycyny, Edward Shorter – „Wioskowych głupków” i „wariatów” częstokroć zamykano w komórkach i piwnicach, głodzono, więziono w chlewikach lub po prostu wypędzano z domu – wyrzuceni z rodzinnych domów i wiosek, zasilali strumień żebraków włóczących się w początkach ery nowożytnej po drogach Europy”.

Średniowieczną mapę najpierw znaczyły liczne leprozoria, gdy zaś trąd ustąpił, jego miejsce zajęły choroby weneryczne. Kolejną „zarazą” miało być szaleństwo.

Szaleńców i obłąkanych chętnie powierzano kupcom lub pielgrzymom albo – przewoźnikom, którzy masowo „gubili” po drodze kłopotliwy balast: Frankfurt w 1399 w ten właśnie sposób pozbył się goło paradującego wariata, a w pierwszych latach XV wieku w taki sam sposób odesłano do Moguncji obłąkanego zbrodniarza.

Przez długi czas nie do końca jasny był dla badaczy i naukowców sens zwyczaju wyprawiania szaleńców statkiem z biletem w jedną stronę. Początkowo sądzono, że miasta chcą w ten sposób pozbyć się wałęsających szaleńców, szczególnie tych „przyjezdnych”. Jednak okazało się, że nieszczęśników nie zawsze spotykał taki los. Trafiały się bowiem punkty, gdzie obłąkani zgromadzeni byli liczniej niż gdzie indziej i wcale nie byli oni tubylcami. Były to przede wszystkim miejsca pielgrzymek. Bardzo więc możliwe, że statki szaleńców – tak poruszające wyobraźnię zarówno ludzi renesansu, jak i nam współczesnych – były statkami pątniczymi: w pełni symbolicznymi statkami obłąkanych, zdążających w nadziei odzyskania rozumu. Zamykając ten szczególny rodzaj pątników na terenie uświęconym cudami, chwytano dwie sroki za ogon, łącząc chęć uzdrowienia z zamiarem wykluczenia.

Sens wędrówki szaleńców, sens gestu, jakim byli wypędzani, ładowani na statek i deportowani, nie polegał jedynie na społecznym pożytku i bezpieczeństwie współobywateli. Z aktem tym wiązały się jeszcze inne znaczenia – zbliżone do działań rytualnych, do obrzędu. Wskazywać na to może fakt, iż obłąkanym wstęp do kościoła był wzbroniony, choć prawo kościelne nie odmawiało im sakramentów. Kościół nie stosował sankcji przeciwko duchownym, którzy postradali zmysły, ale w Norymberdze, w roku 1421, wygnano niepoczytalnego księdza szczególnie uroczyście, jak gdyby jego święcenia potęgowały nieczystość. Czasami obłąkanych publicznie chłostano, po czym symulowano za nimi pościg i wypędzano rózgami. Oznaki te świadczą, że odjazd szalonych zaliczał się do grupy wykluczeń rytualnych.

Żegluga po bezkresie wód miała zarówno swój aspekt praktyczny wiążący się z zyskaniem pewności, że niechciani są już daleko i raczej nie wrócą, i symboliczny – związany z tajemniczą naturą masy wód. Woda wszakże unosi, ale także oczyszcza; żegluga zdaje człowieka na ślepy los, czyni go niewolnikiem przeznaczenia. Na swym szalonym statku szaleniec zdążał w inny świat, ale też z innego świata przybywał. Zatem wodny szlak był Przejściem symbolizującym graniczną sytuację Podróżnika. Zamknięty na statku, skąd nie ma ucieczki, jest on oddany rzece o stu ramionach, morzu o tysiącu dróg, ogromowi niepewności. Jest Przyjezdnym w najdoskonalszym tego słowa znaczeniu, jest niewolnikiem Przejazdu.

Podróż morska bez ścisłego przeznaczenia i celu jest więc symbolem wykluczenia społecznego, zaś otaczająca statek woda nawiązuje do symboliki przejścia i stanu medialnego przynależnego szaleńcom, a opisywanego choćby przez szkołę strukturalną w humanistyce.

Do „zawieszonych w próżni”, czyli podległych mediacji, zaliczano ludzi nagle zmarłych, samobójców, dzieci, które zmarły tuż po urodzeniu i nie zostały ochrzczone, ale także wszelkich odmieńców. Wszyscy oni skazani byli na „społeczny niebyt”. Społeczności, które nie dokonały wobec nich odpowiednich rytuałów, skazywały ich na pobyt w stanie medialnym. Kultury zdominowane przez światopogląd mityczny tworzyły skomplikowany system nakazów i zakazów oraz zachowań obowiązujących w stosunku do ludzi znajdujących się w tym pośrednim stanie.

Podstawowa opozycja obrzędów przejścia, to opozycja „życie-śmierć”. Człowiek, który znajduje się „w przejściu” między jednym a drugim stanem, na przykład między życiem a śmiercią, w gruncie rzeczy nie znajduje się ani tu, ani tu. Szaleniec, czy szerzej rzecz ujmując: wyklęty czy niechciany – także.

Sytuacja graniczna, w jakiej znajdował się wykluczony, umownie zwany szaleńcem, to nie tylko zresztą sytuacja morskiej żeglugi. To także zamknięcie u bram miast. Wykluczony nie mógł i nie powinien być więziony inaczej niż na samym progu. Zatrzymywano go więc w miejscu przejścia. Umieszczony wewnątrz zewnętrzności i na zewnątrz wnętrza, zyskiwał położenie w najwyższym stopniu symboliczne.

spiralaTymczasem, każdy człowiek – i wtedy, i obecnie – chce przynależeć do wspólnoty, identyfikować się z nią – za wszelka cenę znaleźć się w obrębie Wewnętrznego Kręgu, jak symbolicznie nazwał go C.S. Lewis – brytyjski pisarz, historyk, filozof i teolog, członek grupy Inklingów (nieformalnej grupy oksfordzkich intelektualistów). W swej książce „Diabelski toast” – Lewis pisze, że pragnienie znajdowania się w Wewnętrznym Kręgu jest jednym z głównych czynników kierujących ludzkimi działaniami. Jedną z sił, które tworzą znany nam świat – całe to kłębowisko zmagań, współzawodnictwa, pomieszania, przekupstwa i uprzedzeń.

To, co Lewis wymienił jednym tchem jest dokładnym przeciwieństwem wartości wolnomularskich. Wszak chęć przynależności za wszelka cenę do grupy umownie nazwanej Wewnętrznym Kręgiem, to nic innego niż zniewolenie, czyli przeciwieństwo wolności. Nieczysta rywalizacja i współzawodnictwo przeczą idei równości, braterstwo i tolerancja dla innych pozostaje zaś w opozycji do stygmatyzacji, jaką dotknięci są wykluczeni członkowie grupy – ci, którzy znaleźli się za burtą. Równocześnie, wszystkie te działania są niezwykle powszechne, ogólnoludzkie…

Nikt nie chce być wykluczony i znaleźć się w sytuacji Podróżnego na Statku Szaleńców. Każdy więc dąży do tego, by być „w”, a nie „poza”. To dlatego właśnie ludzie zdobywają się na działania, o które nigdy by się nie podejrzewali. To dlatego są w stanie przekroczyć cienką barierę między Dobrem a Złem – wszystko w imię zaspokojenia podstawowej potrzeby – potrzeby przynależności. To dlatego właśnie Stanfordzki Eksperyment Więzienny tak bardzo się „udał”, że aż wymknął spod kontroli: to dlatego zwykli studenci okazali się bestiami zdolnymi dręczyć „więźniów”, czyli takich samych jak i oni studentów, którym jednak przypadło w udziale odgrywanie innej roli w eksperymencie. Tym samym, autor eksperymentu, amerykański psycholog, Philip Zimbardo, udowodnił, że ludzie zdrowi psychicznie w specyficznych warunkach wcielają się w role oprawców i ofiar, a powody takich zachowań nie tkwią w zaburzeniach ludzkiej psychiki, lecz we wpływie otoczenia na jednostkę, a przede wszystkim: w przemożnej chęci nie zostania wykluczonym. To dlatego także „powiódł się” eksperyment Milgrama, badający ślepe posłuszeństwo wobec władzy, nakazujące „karanie” wstrząsami elektrycznymi (symulowanymi, ale o tym uczestnicy eksperymentu nie wiedzieli), mało pojętnych uczniów. To dlatego właśnie najsilniejszy szok zaaplikowało uczniowi 65% badanych. Dlatego też nikt się nie wycofał, gdy ofiara wyraźnie o to prosiła, ani wtedy, gdy zaczęła wołać o pomoc, nawet wtedy gdy wydawała okrzyki pełne bólu, zaś 80% uczestników kontynuowało wstrząsy mimo tego, że uczeń wspominał, że ma kłopoty z sercem i krzyczał „Pozwólcie mi stąd wyjść!” (przy dawce 300 V). To dlatego też – już nie w warunkach eksperymentu, ale w rzeczywistości – w czasie drugiej wojny irackiej amerykańscy żołnierze pastwili się nad więzionymi w obozie jeńcami i z tych samych powodów naziści w obozach koncentracyjnych dopuszczali się nadludzkiego bestialstwa.

Oni wszyscy nie chcieli znaleźć się „poza”. Każdy z nich dążył więc do tego, by znaleźć się „w” obrębie Wewnętrznego Kręgu, który, jak dowodził Lewis, jest nieuchwytnym Camelotem – niezwykle trudno osiągalnym, a przez to jeszcze bardziej pożądanym. Dlaczego? Bo przyjęcie do owej pewnej szczególnej grupy czy uprzywilejowanego stowarzyszenia łączy się z natychmiastową nobilitacją, podniesieniem statusu, umocnieniem tożsamości. Do tego „tajemniczego” kręgu nie można się jednak dostać wprost, formalnie. Dzieje się to stopniowo, jakby niepostrzeżenie, aż nagle okazuje się, że jest się już wewnątrz.

Zewnętrzny nacisk członków wspólnoty Wewnętrznego Kręgu jest ogromną siłą. Jednak, jak się okazuje, jeszcze większą jest wewnętrzna motywacja pretendującego do członka wspólnoty, by znaleźć się w środku, w jej obrębie. Dążenie jednostki do Wewnętrznego Kręgu sprawia, że ludzie są gotowi na wszystko. Godzą się na przejście upokarzającego rytuału inicjacji, w czym specjalizują się różnorakie sekty, godzą się na popełnianie zbrodni – na przykład po to, by wejść w skład nieformalnej grupy młodzieżowej, decydują się wreszcie na drogę „po trupach”, by pokonać współpracowników swojej korporacji i znaleźć się na szczycie – w „Centralnym Kręgu”.

Ta siła motywacyjna zostaje podwójnie wzmocniona przez to, co Lewis nazwał „lękiem przed pozostaniem na zewnątrz”. To właśnie lęk przed odrzuceniem może sparaliżować i zniweczyć osobistą wolność i niezależność.

Takich Wewnętrznych Kręgów każdy ma w swoim życiu wiele. Kręgiem jest naród, rodzina, klasa szkolna, grupa rówieśnicza; my – wreszcie – tworzymy nasz Wewnętrzny Krąg. Jednak, nawet bez specjalnych przemyśleń, można skonstatować, że nie każdy krąg odgrywa pozytywną rolę. Ponadto, każda grupa, nawet ta, której  reguły sprawiają wrażenie czystych, wywiera wpływ na jednostkę i oczekuje od niej respektowania wewnętrznych norm. Jeśli się tego nie czyni – ląduje się za burtą. Z łatką szaleńca lub wyklętego. To dlatego właśnie warto pracować nad sobą, „ociosywać kamień” i wygładzać go, zyskując przy tym wiarę w potęgę wolności, równości i braterstwa.

Nuda Veritas, 17.11.2012 r.